 |
To jest konferencja, a nie picie piwa ...
Jeśli kogoś powyższy tytuł zaintrygował to już na początku służę wyjaśnieniem. Jest to cytat z wypowiedzi jednego z organizatorów Polskich Spotkań Europejskich - największej z licznie odbywających się w naszym kraju imprez dla organizacji pozarządowych zajmujących się problematyką integracji europejskiej. Jak to jest już w zwyczaju PSE odbyły się w pierwszych dniach maja w Warszawie w Centrum Konferencyjnym Wojska Polskiego, które w minionym ustroju gościło na naradach marszałków i generałów dawno już zapomnianego Układu Warszawskiego. O tym, dlaczego Spotkania mają miejsce w okolicach 9 maja chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Niewiedzących odsyłam do księgarń, gdzie mogą zakupić piękny album zatytułowany "Robert Schuman - ojciec Europy". Z niego też będą mogli się dowiedzieć, jakie to ważne wydarzenie miało miejsce 9 maja 1950 roku i dlaczego dziś jest to Dzień Europy.
Uczestnicy z całej Polski tradycyjnie dopisali - zarówno przedstawiciele NGO-sów, jak i dziennikarze czy politycy. Oczywiście był Premier Jerzy Buzek, który pokroił wielki tort. Ponadto z uśmiechem pozował do zdjęć w otoczeniu młodzieży (z przykrością muszę w tym miejscu stwierdzić, iż tego samego nie mogę powiedzieć o jednym z byłym premierów). Byli obecni liczni ministrowie, posłowie, Pani Prezes NBP i inni znamienici goście. Z zagranicy przybyli Wiceminister Spraw Zagranicznych Niemiec Guenther Verheugen, Dyrektor Nikolaus van der Pas (odpowiedzialny z ramienia UE za negocjacje z Polską) i prof. Norman Davies. Ten ostatni z rąk Premiera otrzymał Krzyż Wielki Orderu Zasługi RP. O czym oni wszyscy mówili można było przeczytać w gazetach codziennych. Wieczorami wszyscy mogliśmy się integrować na koktajlach wydanych pierwszego dnia przez Przedstawicielstwo Komisji Europejskiej, a drugiego dnia przez Ambasadę Niemiec (ach, gdy jeszcze tylko dopisała pogoda to byłoby naprawdę super). Ambasada sprowadziła również orkiestrę jazzową. Przykro mi, że o koncercie nic nie mogę napisać, ale po pierwsze na tym gatunku muzyki absolutnie się nie znam, a po drugie dotarliśmy dopiero pod sam koniec, czym niezmiernie zdenerwowaliśmy nasze urocze koleżanki.
Humory nam niezmiennie dopisywały - najweselszym przeżyciem tych wszystkich trzech dni był widok zaobserwowany podczas niedzielnego śniadania. Otóż nigdy bym się nie spodziewał, że w tak drogim hotelu, jakim jest "Grand" zauważymy biegającą tuż pod sufitem mysz, która w pewnej chwili o mało co nie spadła na podłogę. Zresztą wesołych zdarzeń było więcej - wielu wysłuchało przygód niejakiego kolegi ze śląska, który z uwagi na brak noclegu noc spędzał we okolicach Radomia, a pozostawionej w jednym z pokoi koszulki szukał przed hotelem. Jak przystało na przedstawiciela płci brzydszej wypatrywałem co ładniejszych koleżanek - trzeba uczciwie przyznać iż było co podziwiać (moim skromnym zdaniem pierwsze miejsce należy się długowłosej blondynce z Nysy).
I to byłoby w skrócie tyle. W następnym numerze postaramy się zamieścić kolka,co ciekawszych zdjęć, aby wszyscy, którzy nie dotarli jeszcze bardziej żałowali. Teraz wyjaśnię do końca, w jakich okolicznościach usłyszałem słowa, które przytoczyłem w tytule. Działo się to w sobotnie popołudnie w chwili, gdy rozpoczynały się warsztaty. Uznaliśmy, iż żaden z zaproponowanym tematów nie jest na tyle ciekawy, aby zrezygnować z opalania się i popijania piwka po wyjątkowo niesmacznym drugim daniu (a pić się chciało gdyż kompot miał smak wody i tylko kolor inny). Nie ulegliśmy nawet prośbom Róży i poszliśmy zamiast do sali do stoiska Okocimia. I wtedy usłyszałem ...
|
|