Europejskie Centrum Młodzieży / European Youth Co-operation Centre
Głowna Forum Galeria For Visitors
Nowości O nas Działalność Kluby Europejskie Kontakt
Partnerzy


Ja nie znaju, ja nie pamieniaju ...

Mam nadzieje, że tytuł tego artykułu jest dla wszystkich zrozumiały wszak znajomość języka rosyjskiego jest większa w naszym narodzie niż jakiegokolwiek innego. A tytuł, który wymyśliłem nadaje się idealnie do artykułu o pobycie w mieście Sankt Petersburgu, dawnym Leningradzie, a jeszcze dawniej Piotrogrodzie. Czytając przewodnik podczas ponad trzydziestogodzinnej podróży pociągiem made in CCCP, na szczęście w wagonach sypialnych, byłem zachwycony. Wystarczy tylko przytoczyć niektóre cytaty: Palmira Północy, monumentalne pałace, bujne kształty architektury barokowej, majestatyczny klasycyzm budowli, wspaniałe mosty, zachwycająca architektura Ermitażu - a w nim unikatowe ikony, sławne płótna awangardy itd. Rzeczywistość niestety okazała się nad wyraz brutalna. Miasto i owszem na pewno było kiedyś piękne niczym Kraków, ale z całą pewnością było to za czasów carów. Powszechnie wiadomo, iż któregoś listopadowego lub październikowego, jak kto chce (bo kalendarz w tamtych czasach Rosjanie mieli inny niż reszta Europy) wieczoru wystrzeliło działo krążownika Aurora - który do dziś stoi przy nabrzeżu Newy i potem przez ponad 70 lat budowano najlepszy z możliwych ustrojów. Teraz podobnie jak i w Polsce jest budowany kapitalizm, ale skutki tego opłakanego eksperymentu będą z pewnością widoczne jeszcze przez lata. Miasto jest potwornie zniszczone i brudne, ludzi w metrze więcej niż to można sobie wyobrazić, a pogoda nieustannie okropna, jak nie pada to sypie śnieg, a to wszystko przy iluś tam stopniach poniżej zera. Podobno zupełnie inaczej odbiera się Petersburg latem - białe noce, piękne parki wraz z fontannami w podmiejskich pałacach Piotra i Katarzyny.

Ale tak się złożyło, że dzięki Tomkowi Moskalowi z Europejskiego Centrum Młodzieży Uniwersytetu Warszawskiego (dzięki za zaproszenie w imieniu całej krakowskiej gromadki) pojechaliśmy tam w marcu. Kontakt z tamtejszym Samorządem Studentów nawiązany został dwa lata temu przy okazji udziału koleżanek Justyny i Karoliny z największej polskiej uczelni w międzynarodowej konferencji studenckiej odbywającej się na Litwie. Od tego czasu ECM UW utrzymuje z nimi intensywny kontakt, pierwszy wyjazd odbył się tuż przed świętami Bożego Narodzenia w 1998 roku. Też chciałem wtedy jechać, ale Miś Dąbrowski stwierdził: nic z tego muszę być na konferencji w Zakopanem, która odbywała się w tym samym czasie. Byłem w Zakopanem, było świetnie, szczególnie w Bąkowo Zohylina (polecam ta miejsce wszystkim będącym w stolicy Tatr). Na szczęście jak mówi przysłowie, co się odwlecze to nie ucieszę i pojechałem na Wschód teraz. Do najważniejszych celów naszego wyjazdu należały: możliwość zapoznania się z tamtejszym systemem funkcjonowania szkolnictwa wyższego, bieżącą działalnością miejscowych organizacji studenckich i aktualną sytuacją polityczną w kontekście zbliżających się wyborów prezydenckich. W czasie tych kilku dni, które tam spędziliśmy mieliśmy okazję do wymienienia wzajemnych doświadczeń z dotychczasowej działalności oraz prezentacji przedsięwzięć planowanych w najbliższym czasie. Myślę, iż tego typu inicjatywy doprowadzają w dość szybkim czasie do wypracowania i udoskonalenia codziennych metod pracy. Przeprowadzana wymiana (bo Rosjanie przyjadą do Polski już za miesiąc) dzięki porównaniu różnych kultur, sposobów życia, warunków studiowania uświadamia nam, ile już zrobiliśmy w ciągu kilku ostatnich lat. Natomiast nasi partnerzy wiedzą ile drogi mają jeszcze do przebycia, aby stać się równoprawnym uczestnikiem wspólnej europejskiej rodziny. I dlatego tego typu wyjazdy za wschodnią granicę polecam tym wszystkim, który jak powszechnie znany kolega z najbardziej polskiego ze wszystkich śląskich miast (tak podobno powiedział o Zabrzu gen. de Gaulle) wychwalają poprzedni ustrój i chcą głosować na spadkobierców nieboszczki PZPR.

Wykorzystując wyjazd do Sankt Petersburga przekonaliśmy się, jakie są rosyjskie warunki studiowania, jak wyglądają domy studenckie (a właśnie w akademikach zostaliśmy przez gospodarzy zakwaterowani - wbrew pesymistycznym obawom robaczki spacerowały tylko po łazience, a ciepła woda była cały czas), na jaką pomoc finansową ze strony ministerstwa edukacji mogą tamtejsi studenci liczyć. To ostatnie załamało nas kompletnie. Jak ktoś zarabia tam 50 dolarów to jest to przyzwoita pensja, a prawie wszystko z wyjątkiem alkoholu kosztuje tyle samo... O wysokości stypendiów nawet nie ma co wspominać. Wiele czasu spędzaliśmy razem, gdyż chcieliśmy wzajemnie się poznać, uświadomić sobie jak wiele nas dzieli, ale też jak sporo nas łączy. Rosyjscy studenci starannie się nami zajęli, przygotowali atrakcyjny program pobytu, szczególnie wieczory i noce spędzane w klubach "London" i "Metro" będziemy długo wspominać. Nie było więc większych powodów do narzekań, kto interesuje się sztuką wprawił się zachwyt w Ermitażu. Ja chciałem osiągnąć podobny stan w Muzeum Marynarki - ale niestety było zamknięte i musiałem pójść do innego muzeum, mniej ciekawego, aby choć trochę się wysuszyć, bo tradycyjnie podało i to wyjątkowo mocno. I na koniec powrócę jeszcze do tytułu - jest to refren rosyjskiego przeboju, przy którym świetnie się bawiliśmy na dyskotekach i który śpiewaliśmy podczas powrotu. I jak ktoś mnie pyta o Rosję to tak właśnie odpowiadam. I nie sadzę, aby prezydent Putin coś w tym zakresie zmienił. Wszak to se ne vrati jak mówi Czesi.

Maciej Wicherek