 |
Konferencja jak konferencja, ale miasto ...
Tak się fajnie składa, że co roku na naszym kontynencie odbywa się kilkaset konferencji, seminariów, szkoleń, targów i innych podobnych imprez, w którym uczestniczą młodzi ludzie. Oczywiście nie możemy we wszystkim uczestniczyć, ale trochę tych imprez udaje nam się zaliczyć. I tak oto krótki opis tego co przeżyliśmy w pięknym mieście Stambule, gdzie w dniach 5 - 7 lutego 1999 roku odbyła się konferencja zatytułowana "Peace concept". Jej organizatorem było AEGEE czyli Europejskie Forum Studentów, a odbyła się ona w ramach projektu "Peace academy". O przebiegu merytorycznym konferencji nie ma co za wiele pisać. Jak to zwykle bywa od rana do wieczora odbywały się wykłady na zmianę z grami symulacyjnymi. Prelegenci (a byli nimi tureccy naukowcy i dziennikarze) opowiadali o świecie w którym żyjemy, gdzie wszyscy opowiadają się za pokojem, a równocześnie wybuchają coraz to nowe wojny czy konflikty, w których giną niewinni ludzie. Jest to smutne, ale prawdziwe i nie widać szans, aby kiedyś miało się to zmienić. Dlatego też niewątpliwie większą atrakcją okazało się dla nas miejsce konferencji - miasto leżące na granicy dwóch kontynentów, w którym żyje podobno prawie dziesięć milionów ludzi. I dlatego też niestety zwiedzanie Stambułu to ciężkie zadanie, Człowiek boi się przejść przez ulice bo non stop jadą samochody, nikt nie zwraca uwagi na światła, a na dodatek pierwszeństwo ma kierowca, a nie pieszy. Żeby było zabawniej nawet jak idziesz chodnikiem to bez przerwy jesteś zaczepiany przez sprzedawców, którzy próbują wciągnąć Cię do swoich sklepów czy barów (a są one otwarte przez cała dobę), aby coś u nich kupił. Zupełnie odwrotnie niż u nas, gdzie cały czas bardzo często się zdarza, że trzeba poczekać aby zostać obsłużonym - bo na przykład panie sprzedawczynie są zajęte bardzo interesującą rozmową. Nawet jak akurat idziesz ulicą przy której nic takiego nie ma to jesteś zaczepiany przez małe dzieci które sprzedają chusteczki higieniczne. Na domiar złego dobijała nas pogoda. Przed wyjazdem myśleliśmy, że będzie kilkanaście stopni ciepła i słońce, a tu temperatura była tylko nieco wyższa niż u nas, padał deszcz i wiał przeraźliwy wiatr. Ale dość narzekania - wyszliśmy z założenia, że nie wiadomo kiedy znów uda nam się tam pojechać. Dlatego tez wytrwale zwiedzaliśmy miasto, zaliczając po kolei poszczególne meczety - bo to jest główna atrakcja Stambułu. Z ciekawszych zabytków obejrzeliśmy tez były pałac sułtański, egipski obelisk i rzymskie akwedukty. Niektóre z tych miejsc możecie zresztą zobaczyć na zdjęciach. Była jeszcze jedna rzecz która nas zaszokowała - otóż wszechobecny kult niejakiego Ataturka (tłumacząc na polski - znaczy to "ojciec Turków", ten przydomek nadał mu parlament) czyli Kemala Mustafa Paszy. Jest to ich największy bohater narodowy Turcji, który zasłynął dzięki temu, iż obalił sułtana a potem przeprowadził cały szereg rewolucyjnych reform. Jego portrety wiszą wszędzie. Jak co krok oglądaliśmy jego podobiznę, to przypominały nam się opowieści naszych babć o tym jak to dawno, dawno temu w naszym kraju wisiały portrety Stalina i Bieruta. My na szczęście ten okres mamy już za sobą, może i w Turcji nastąpi kiedyś taka zmiana. Tą drobną złośliwością kończę mój tekst, gdyż jestem wciąż trochę zdegustowany, bo moje oczekiwania zderzyły się z brutalną rzeczywistością. Ale tak to czasami już w życiu bywa ...
Maciej Wicherek
|
|